Mam masę roboty przy wykańczaniu zrobionych sukienek. Tak łatwo się mówi - do pudełeczka do wykończenia, wieczorem to zrobię, przy serialu to zrobię, jak mały będzie spał to to zrobię...
Z jednej sukienki do wykończenia zrobiło się siedemnaście... uuuuups.
Spuśćmy tu teraz zasłonę milczenia...
Ponieważ tak dalej być nie może zrobiłam sobie odwyk mały, od 3 dni nie szyję dla siebie. Wypycham zamówienia, jedno jeszcze zostało ;) oraz naprawdę już wykańczam to co powinnam. A żeby nie było za nudno - zaczęłam, we wtorek, na próbę, czapkę na szydełku, jeśli wyjdzie taka, jak ją sobie wyobrażam, to może będzie ich więcej i będą do sukienek... Się zobaczy. Trochę wolno idzie, nitka niby nie jest wybitnie cienka, ale też nie jest gruba, wzorek wybrałam finalnie dość gęsty a wczorajszy dzień niemal cały spędziłam na wyrabianiu próbek i pruciu. Nienawidzę prucia, bo to zmarnowany czas, ale z drugiej strony jak mam robić coś, co mi się nie podoba, to już lepiej spruć/wyrzucić do kosza i zacząć od nowa.
W fotograficznym skrócie co robiłam ostatni miesiąc:
Wracam do przyszywania guziczków, napek i koroneczek. Łeb mi pęka, gardło boli, chrypię i skrzypię i jestem wredna.
I dziękuję za komentarze pod poprzednim postem, cieszę się, że i Wam się spodobały moje szmatki i mam nadzieję, że sukienki również się spodobają :)





